„Musimy sobie pomagać, w końcu jesteśmy rodziną” – powiedziała moja teściowa, ale moja odpowiedź wcale jej się nie spodobała.
Alewtina Romanowna i Daria, moja szwagierka, wtargnęły do naszego przedpokoju z tak triumfalną miną, jakby przed chwilą zdobyły Pałac Zimowy i nie przyszły w gości, lecz po to, by ściągać haracz.
Daria kurczowo trzymała w dłoniach grubą skórzaną teczkę, jakby w środku nie było zwykłych dokumentów, ale akt założycielski imperium, albo przynajmniej testament miliardera bez bezpośrednich spadkobierców.
– Rodzina to jeden wielki organizm finansowy, Stasik! – oświadczyła teściowa od progu, rzucając swój mokry parasol prosto na moją jasną ławeczkę w korytarzu. – Koniec z życiem na własny rachunek. Ruszamy z projektem, który zabezpieczy przyszłość naszego rodu na całe dziesięciolecia!
Jej głos, donośny i nieznoszący sprzeciwu, rozszedł się po mieszkaniu i odbił echem od ścian. Na szafie siedział Jasza – nasza duża, zielono-szara papuga, która już dawno stała się moralnym „audytorem” rodziny.
Ptak powoli uniósł głowę, przechylił ją na bok, ocenił sytuację i wyraźnie, skrzekliwym, ale stanowczym głosem oznajmił: – Zlot oszustów!
Zapadła cisza.

Nawet zegar w kuchni zdawał się na chwilę zatrzymać. Teściowa zamarła. Potem powoli odwróciła się w stronę szafy ze wzrokiem pełnym całkowitej pogardy.
– Lena… jeszcze nie pozbyłaś się tego „pierzastego potwora”? – syknęła.
Daria, która pracowała jako kasjerka, przechadzała się po przedpokoju jak królowa, która przez pomyłkę trafiła na wiejski targ. – Braciszku, przynieś paszport – rozkazała.
Stas stanął przed nią. – Najpierw mi wyjaśnijcie, w co dokładnie próbujecie mnie wciągnąć.
Teściowa teatralnie uniosła rękę: – „Fundusz Rozwoju Wołosea!” – Jakiego znowu Wołosea? – zapytałam. Daria otworzyła teczkę. – Przyszłego dziecka w naszej rodzinie, oczywiście.
Zamarłam. – Nie mamy dziecka. – Na razie – odparła spokojnie.
Na stole wylądowały dokumenty: schematy, tabele, plany – coś pomiędzy biznesplanem a czystą fantazją. – To inwestycja długoterminowa – powiedziała teściowa.
– Dziecko musi być zabezpieczone od samego początku.
– Czekajcie… o jakim dziecku wy mówicie? – zapytał Stas. – O tym, które będziecie mieć – powiedziała Daria. – A co, jeśli odmówimy? – zapytałam cicho.
Teściowa uśmiechnęła się chłodno. – Zostanie to bardzo źle odebrane w rodzinie. I wtedy zrozumieliśmy wszystko. To nie był żaden „projekt”. To była próba przejęcia kontroli nad naszym życiem.
Stas oparł się o ścianę. – Chcecie, żebyśmy płacili na dziecko, które nawet nie istnieje? – Jeszcze nie istnieje – poprawiła go teściowa.
Jasza westchnął: – Amatorzy…
Uśmiechnęłam się spokojnie. – Wiecie co? Podoba mi się wasz pomysł. Wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. – Naprawdę? – ożywiła się Daria.
– Tak – skinęłam głową. – Ale z jedną zmianą. Wzięłam teczkę i ją zamknęłam. – Fundusz zostanie zarejestrowany na imię Jaszy. On będzie głównym audytorem.
Papuga uniosła głowę i powiedziała: – Zatwierdzono.